YellowPear

KOBIETĄ BYĆ… PRZED I PO CZTERDZIESTCE.

Być Kobietą… My kobiety jesteśmy siłą. Ogromną i niepokonaną. Jesteśmy niezwykłe, pełne pasji i piękna. Zachwycamy uporem, inteligencją i życiową mądrością. Z każdej chwili swojego życia umiejętnie czerpiemy to, co najlepsze. Po upadkach i trudnych momentach podnosimy się, by po raz kolejny próbować realizować własne marzenia. Oddajemy się bez reszty i mimo ryzyka bólu. Kochamy i nie lubimy. Denerwujemy się, by za chwilę przyjąć rolę oazy spokoju. Motywujemy. Siebie i innych. Jesteśmy barwne, szalone i mocno skomplikowane, ale i tak świat kocha nas bezgranicznie.

W tym szczególnym dniu, jakim dla mnie jest 10 marca, zaprosiłam na swojego bloga Kobiety Pasjonatki, których wrażliwość, ciepło i miłość do najbliższych urzeka i sprawia, że chcę inspirować się Ich talentami, mądrością i doświadczeniem. To właśnie One opowiedzą Ci dziś o książkach, które znakomicie wpisują się w temat „Być kobietą”. 

ANIA2ANIA

Długo zastanawiałam się nad tytułem pasującym do tematu zaproponowanego przez Kasię. Zależało mi na tym, aby była to książka absolutnie wyjątkowa, a jednocześnie taka, o której jeszcze nigdy nie pisałam. Wreszcie wybór padł na „Gołębiarki” Alice Hoffman – powieść tak niesamowitą i przejmującą, że samo opowiadanie o niej jest dla mnie wyzwaniem. Bo jak znaleźć słowa dla tego, co przeżywało się tak głęboko, w najskrytszych zakamarkach własnej duszy?

„Gołębiarki” to na pewno książka zupełnie inna od tych, które czytam na co dzień. Natknęłam się kiedyś na wzmiankę o niej w sieci, z ciekawości kupiłam e-booka i… przepadłam. Akcja toczy się w latach 70 n.e. w izraelskiej twierdzy Masada. Dziewięciuset Żydów zbiegłych z podbitej przez Rzymian Jerozolimy schroniło się w dawnej siedzibie króla Heroda i przez kilka lat stawiało opór najeźdźcom. Głód, żywioły, nieustanne odpieranie ataków… w tak trudnych warunkach przyszło żyć czterem niezwykłym bohaterkom powieści. Rudowłosa Joel, żona piekarza Riwka, waleczna Aziza i uznawana za czarownicę Szira. Każda z nich jest zupełnie inna, ale jedno je łączy: wszystkie mają bogatą przeszłość, doświadczyły okrucieństwa wojny, każda straciła kogoś bliskiego. Teraz ich wspólnym zadaniem jest opieka nad gołębiami; to zajęcie je zbliża i powoli stają się dla siebie oparciem.

Narracja prowadzona z punktu widzenia czterech kobiet trafia prosto w serce. Kobiety w tych ciężkich czasach były poniżane, a ich codzienność ograniczona była wieloma nakazami i zakazami. Mało tego – musiały patrzeć  jak ich mężowie, synowie i bracia odbierają życie innym, gwałcą, rabują bądź sami giną w walce. A jednak, obdarzone niewytłumaczalną, niezmierzoną intuicją, przekazujące sobie nawzajem tajemną wiedzę i mądrość, kobiety znajdują sposób na to, by przetrwać, niczym kwiaty rosnące wśród cierni. Z podniesionym czołem przyjmują swój los, nie  tracą wiary i są gotowe zrobić wszystko, aby stworzyć namiastkę normalnego życia dla swoich dzieci. To co uderzyło mnie najmocniej to fakt, że i one doskonale poznały te rozterki i dylematy, które są bliskie nam, kobietom XXI wieku. Pierwsza młodzieńcza miłość, chęć bycia piękną i pożądaną, lęk o zdrowie dziecka, samotność, poczucie odrzucenia przez rodzinę, pragnienie posiadania prawdziwego domu, zdrada  ukochanego, wolność dojrzałej kobiety. Czy nie brzmi to znajomo? W dramatycznych losach gołębiarek bez trudu możemy odnaleźć cząstkę nas samych.

Język, jakim posługuje się autorka, zrobił na mnie ogromne wrażenie – prosty, a jednocześnie barwny,  pełen poetyckich i obrazowych porównań. Alice Hoffman funduje czytelnikom potężną dawkę emocji, rzetelnie przedstawia wszystkie wydarzenia, nie pomija krwawych scen ani przyziemnych opisów dotyczących ludzkiej cielesności. Doskonale posługuje się symboliką, swobodnie wplata w fabułę opisy żydowskich rytuałów i przesądów. Modlitwy, klątwy, anioły, prorocze sny… Z każdej strony bije zarówno realizm, jak i prawdziwa magia i mimo, że opisywane czasy są tak odległe, to po prostu nie można się oderwać od lektury. Nie chcę zdradzać zakończenia, więc chyba będzie dość jak napiszę, że sytuacja uwięzionych Żydów stawała się coraz bardziej beznadziejna i ostatecznie przeżyły tylko dwie kobiety i pięcioro dzieci. Dlaczego akurat one? I jak udało im się tego dokonać, skoro nawet najświetniejsi wojownicy musieli się poddać, bezradni wobec potęgi wroga?

„Nie różniliśmy się od latających po niebie gołębi.
Nie potrafiliśmy mówić ani płakać, ale gdy już nie
mieliśmy wyjścia, odkryliśmy, że umiemy latać.
Jeśli chcesz poznać powód, oto on: marzyliśmy
o własnym skrawku nieba”.

„Gołębiarki” to zdecydowanie książka warta przeczytania, a nawet wielokrotnego wracania do niej i to nie tylko ze względu na wierne oddanie realiów wojny czy zachwycający język. Autorka pozwoliła przemówić kobietom, które w starożytnych czasach nie zostałyby wysłuchane i w ten sposób oddała hołd dla mocy kobiecego ducha. Losy Joel, Riwki, Azizy i Sziry wzruszają, czasami szokują, ale przede wszystkim – inspirują i motywują do walki o to, co najważniejsze. Dzięki „Gołębiarkom” możemy nauczyć się słuchać głosu intuicji i odbyć piękną podróż do własnego wnętrza. Obojętnie, czy mówimy o surowej judzkiej pustyni, czy o wygodnym mieszkaniu w dużym mieście – jestem pewna, że każda z nas głęboko w sobie znajdzie dokładnie te same, nieskończone pokłady siły, miłości i wiary. W końcu wszystkie jesteśmy kobietami.

*          *          *PAULA2PAULA

Dość długo zastanawiałam się nad książką, która wpisuje się w temat „Być kobietą”. I w mojej głowie zaczęły pojawiać się tytuły dla dorosłych, które ostatnio przeczytałam. Jednak do końca coś mi nie grało. Postanowiłam więc pogrzebać w pamięci i „ugryźć” temat z innej strony. Bo Kasia wcale nie narzucała, że książki muszą być tylko dla dorosłych. Dlatego ja pomyślałam o tych młodszych czytelniczkach, które dopiero poszukują swojej kobiecości i wchodzą w dorosłość.

„Małe kobietki” należą do klasyki literatury amerykańskiej. Wstyd się przyznać, ale ja dopiero tę książkę przeczytałam w wieku 23 lat. Myślę, że każdy wiek jest dobry, aby ją poznać. Louisa May Alcott skupiła się na ukazaniu młodych bohaterek, które starają się jak mogą, by urozmaicić swoje życie. 16-letnia nieco próżna Meg, która marzy o bogactwie, chłopczyca Jo (najbardziej żywiołowa i temperamentna ze wszystkich sióstr), Beth – cicha, spokojna i uzdolniona muzycznie oraz Amy, która na co dzień stara się być prawdziwą damą odznaczającą się dobrymi manierami (czasem używa słów, których po prostu nie rozumie). Autorka stworzyła szeroki wachlarz różnorodnych charakterów, które wcale nie są pozbawione wad. I właśnie dzięki temu każda z nich jest nam tak bardzo bliska.

„Małe kobietki” to zdecydowanie powieść dla kobiet i o kobietach. Dla młodych czytelniczek, które wyniosą z tej lektury mnóstwo porad, złotych myśli, wskazówek, a każdy rozdział kończy się moralizatorstwem. Daję słowo, że dziewczęta będą się przy niej świetnie bawić. Ale to nie znaczy, że starsi się w niej nie odnajdą. Ja byłam wprost zauroczona.

Ciepła, urokliwa i zabawna, napisana lekkim piórem powieść o dorastaniu, pięknych wartościach, o których często zapominamy czy które wyparte zostały przez coś modnego, atrakcyjniejszego. Podczas czytania tej historii przyglądamy się życiu czterech dziewcząt, ich mniejszym lub większym dramatom, ale także po prostu siostrom, które są ze sobą na dobre i na złe. I kolejny raz mogę stwierdzić, że to w  kobietach jest siła. Nie tylko w dorosłych, ale i w tych młodszych. A słowo „kobietka” po prostu brzmi dumnie.

*          *          *

marzena logo

Fot. Marzena Gaczoł
Fot. Marzena Gaczoł

Wybór odpowiedniej książki dla kobiety czy o kobiecie to nie lada wyzwanie, bo przecież każda z nas jest inna. Różnimy się niemal pod każdym względem, inaczej spoglądamy na świat i „kręcą nas” zupełnie odmienne tematy. Jest jednak coś, co nas łączy – jesteśmy kobietami, więc wszystkie prędzej czy później wylądujemy na fotelu ginekologicznym. Wiadomo, że to średnia przyjemność, ale cóż poradzić – mus to mus, a o zdrowie warto zadbać. Dzisiaj rozkładamy nogi niechętnie, acz z ufnością, wierząc, że lekarz wie, co robi i zaradzi, kiedy trzeba. Warto jednak wiedzieć, jak to wszystko się zaczęło. Dlatego, moje drogie, polecam Wam książkę Jürgena Thorwalda pt. „Ginekolodzy”.

Podejrzewam, że nie czytacie literatury, która w tak konkretny sposób traktuje o medycynie, ale zapewniam Was, że tę książkę pochłoniecie z zapartym tchem, bowiem „Ginekologów” czyta się lepiej i z większym zainteresowaniem niż niejedną powieść grozy. Na co dzień nie zastanawiamy się nad tym, dlaczego ginekologia przybrała taką formę, jaką znamy, nie zaprzątamy sobie myśli pytaniami o wydarzenia, próby i postępy czy rolę przypadku w rozwoju tej dziedziny nauki, bo i po co? Okazuje się jednak, że to fascynująca historia, która potrafi poruszyć, przerazić, ale też rozbawić do łez.

Dziś mamy opory przed ściągnięciem majtek w gabinecie, ale wyobraźcie sobie, że kiedyś kobiety badano w szopach, czasem – te zamożne – w domach. Lekarz na czworaka i koniecznie z zawiązanymi oczami podchodził do łoża pacjentki i badał „na oślep” pod kołdrą, gołym palcem i na dodatek niemytym, a wiadomo, że takiemu doktorowi zdarzało się czasem przeprowadzić wcześniej sekcję zwłok! Ile z takiego badania wynikało? Niewiele, ale przecież od czegoś trzeba zacząć.

Dlaczego polecam tę książkę? Pomijając fascynującą tematykę, mrożące krew w żyłach eksperymenty, znaczenie przypadku oraz kontrowersyjne sylwetki prekursorów, „Ginekolodzy” to po prostu opowieść o silnych kobietach! To historia o niewiastach, które chciały przeżyć i z wręcz nieludzką nieustępliwością trzymały się życia, wykazując się przy tym odwagą, której mógłby im pozazdrościć niejeden komandos. Ile bólu jest w stanie znieść zdeterminowana kobieta? Jakie środki jest gotowa przedsięwziąć, by przeżyć? Autor z pewnością zaspokoi Waszą ciekawość, składając niejako hołd tym, które odeszły, by kobietom żyło się lepiej.

*          *          *        

OLA2

Fot. Aleksandra Dobies
Fot. Aleksandra Dobies

Lubię bajki. Takie, które są dla mnie pokrzepieniem w szarości dnia codziennego. Z księżniczką, która rośnie w siłę i staje się królową. Gdzie dobro zwycięża nad złem. Jednak podczas wyprawy w papierowy świat Susan Jane Gilman okazało się, że jeszcze bardziej lubię historie, które wcale bajki nie przypominają. Gdzie białe nie zawsze jest białe i tak oczywiste. Gdzie królowej daleko do krystalicznej czystości. Wręcz przeciwnie – ocieka sarkazmem, przebiegłością, sprytem, a czasem zwykłą złośliwością. 

Muszę się przyznać, że pokochałam królową, która choć jest bohaterem powieści, to bliżej jej do antybohatera. Poznajcie Malkę, a może Lillian Dunkle, królową lodów z Orchard Street.

Jest rok 1913. Mała Malka Treynovsky wraz z rodzicami i trzema siostrami ucieka z Rosji do Nowego Jorku. Do świata, gdzie praca czeka tuż za rogiem, drzewa uginają się od jabłek, każdy zajada się czekoladkami, ubrany w najdroższe stroje… Tak miało być, ale rzeczywistość okazuje się okrutna – brudny kąt w kamienicy, głód, katorżnicza praca, a czasem po prostu żebranie. 

Stojąc w tym cuchnącym moczem, ciasnym korytarzu, czułam się kompletnie zagubiona. Nie opracowałam żadnego planu poza tym, żeby pukać do drzwi; nie sądziłam, że ktokolwiek w ogóle zareaguje. Ale potem przypomniałam sobie jedną z piosenek, które wymyślałam w Wiśniewie. […] Flora stała przez chwilę jak wryta, patrząc na mnie z niedowierzaniem. Wbiłam w nią wzrok. Poniewczasie zaczęła się obracać.
Mężczyzna próbował klaskać do rytmu, ale po chwili się poddał, bo moja piosenka nie miała ustalonego rytmu. Piałam coraz cieńszym głosem, który zdawał się żyć własnym życiem. Chwilę później staruszek przerwał mi w połowie taktu, a Florze w połowie obrotu.
– Może zróbmy tak… […]. Zapłaciłem wam centa za śpiew i centa za taniec. Teraz dam wam jeszcze dwa, żebyście przestały.
Miałyśmy cztery centy. Zarobiłyśmy z Florą na pierwszy posiłek w Ameryce.
(S. J. Gilman, Królowa lodów z Orchard Street, przekł. B. Janczarska, wyd. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2015, s.62.) 

Podczas kolejnego, obrzydliwie biednego dnia Malka ulega wypadkowi – zostaje stratowana przez konia. Okaleczona dziewczynka traci nie tylko sprawność w nodze, ale także rodziców. Po co im kolejna gęba do wykarmienia, która na dodatek nie potrafi sama na siebie zarobić? A że to gęba bezbronnej pięciolatki? No cóż, niech sobie radzi! I tak Malka trafia do swego oprawcy, a może wybawiciela – przygarnia ją włoski lodziarz. To tam, wśród obcych, głośnych katolików mała Żydówka uczy się sztuki wyrabiania domowych lodów, sprytu, przebiegłości i zaradności. Tak rodzi się amerykańska królowa lodów.

Poznając losy najpierw małej Malki, później Lillian Dinello, w końcu Lillian Dunkle ciężko uwierzyć, że to postać wykreowana przez Susan Jane Gilman. To kobieta na wskroś prawdziwa, autentyczna, wręcz historyczna. Uderzający jest rys tej postaci, jej losy poruszają do głębi. Naprawdę rzadko zdarza się, aby fikcja literacka wydała tak realistyczną bohaterkę, która jest zabawna, intrygująca, niesamowicie inteligentna, ale również bezwzględnie szczera, konsekwentna i bezczelna. Nie ma w niej nic papierowego, sztucznego i nudnego. 

Lillian bez żadnych słownych upiększaczy wyraża swoje zdanie i właśnie to spowodowało, że pokochałam tę postać od pierwszych stron. Nie owija w bawełnę, opisując swój stosunek do lodów, które przecież okazały się kluczem do jej sukcesu.

A jednak, moi mili, prawda jest taka, że lody wcale nie dawały mi szczęścia. Naturalnie, ilekroć kładłam je na język, czułam eksplozje rozkoszy. Ale nie dało się ich przeżuwać, zachować w ustach na dłużej i oszukać głód. Jak tylko zaczynałam lizać łyżkę, nieuchronnie się topiły. Gdy tylko pan Dinello znikał u siebie na górze, zostawiając mnie w kuchni z bałaganem, słodycz na moim języku była już tylko wspomnieniem. To jak wtedy, gdy się kocha – ledwo skończyłam, ogarniało mnie dojmujące poczucie straty.
(S. J. Gilman, Królowa lodów z Orchard Street, przekł. B. Janczarska, wyd. Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2015, s. 123.)

Ponadto warto zwrócić uwagę na tło powieści. Autorka wiernie odtworzyła rzeczywistość Stanów Zjednoczonych XX wieku – problem imigrantów, epidemie, ogromną biedę i głód, ale także ciężką pracę i możliwość odniesienia sukcesu. Gilman pokazała również dwie strony medalu amerykańskiego snu – można równie szybko wejść na szczyt, jak i z niego spaść. Choć droga na wyżyny Lillian Dunkle nie była ani błyskawiczna, ani łatwa…

Na koniec pozwolę sobie podsumować moje wywody ulubionym powiedzeniem Lillian: ukamienujcie mnie, jeśli Królowa lodów z Orchard Street S. J. Gilman to nie jedna z lepszych powieści, jakie czytałam!

*          *          *kasia grzebyk logo

Fot. Katarzyna Grzebyk
Fot. Katarzyna Grzebyk

Czy nie sądzicie, że kobieta jest „wdzięcznym” dla autora bohaterem literackim? Ta skala uczuć, ta nieprzewidywalność i złożoność kobiecej psychiki, ta zmienność nastrojów, – kobieta wydaje się być idealnym bohaterem pierwszoplanowym… o ile znajdzie się w rękach dobrego pisarza, który nie zrobi z niej 40-letniej rozwódki porzucającej dobrze płatną pracę w stolicy i odnajdującej szczęście na wsi… tak dalej, i tak dalej… Bo o kobiecie można przecież inaczej!

Korzystając z gościnnych łam bloga Kasi, chciałam polecić wam szczególnie dwie książki. Nie są to ckliwe i lekkie obyczajówki ani wyciskacze łez, ale powieści oparte na autentycznych historiach dwóch mało znanych kobiet. Uświadamiają nam one, jak wielki mam wpływ na swoje życie i życie tysięcy ludzi na całym świecie, ale zostawiają nas też ze smutną refleksją…

Pierwsza z książek to „Żona mormona” autorstwa Irene Spencer, kobiety, która w wieku 16 lat zdecydowała się na małżeństwo z poligamistą, mormonem. Do małżeństwa nie była zmuszona, choć została wychowana w rodzinie mormońskich fundamentalistów. Zdecydowała sama, idąc za głosem serca. Uczucie Irene było intensywne przez wiele lat tego trudnego związku, w którym musiała się dzielić mężem z dziewięcioma innymi kobietami. Małżeństwo z Verlanem Le Baronem, jednym z założycieli fundamentalistycznej sekty mormonów, miało być drogą Irene do zbawienia, lecz w rzeczywistości było koszmarem.

Irene urodziła trzynaścioro dzieci, które wychowywała pod jednym dachem z dziewięcioma innymi żonami swojego męża, które również miały po kilkoro dzieci! Egzystowała w skrajnej biedzie, bez dostępu do bieżącej wody, środków czystości. Była izolowana od świata – nie czytała żadnych gazet, nie słuchała radia, rzadko kontaktowała się z kimś spoza „rodziny”. Sama szyła ubrania, sama zdobywała pożywienie dla dzieci, codziennie walczyła o przetrwanie. Męża miała przy sobie w co dziesiątą noc lub jeszcze rzadziej, a zbliżenia miały na celu jedynie prokreację, choć Irene przez lata łaknęła też czułości i przyjemności. Brzmi to strasznie, ale przez wiele lat żyła w przekonaniu, że tak musi być, że to jest jej droga do zbawienia. Po 28 latach spędzonych postanowiła odejść od męża i zaczęła nowy rozdział w swoim życiu.

Sama książka jest pełna niedociągnięć, ale przymknęłam na nie oko, gdyż uważam, że najważniejszy jest tu przedstawiony problem społeczny. Rola kobiety u mormonów sprowadza się do płodzenia jak największej liczby dzieci i prowadzenia domu, co ma służyć przede wszystkim zbawieniu męża. Kobieta jest uprzedmiotowiona, jej zdanie się nie liczy, nie powinna myśleć ani wymagać – ma ciężko pracować i rodzić dzieci na chwałę swoją, ale przede wszystkim na chwałę męża. Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że Irene sama się na to zdecydowała.

W dobie zmagań o prawa kobiet warto przeczytać tę książkę. Czy naprawdę żyjemy w tak fatalnych warunkach i czasach? Czy naprawdę wszystko się nam, kobietom, zabiera? Mi wydaje się, że mimo wszystko żyjemy jak w bajce.

Druga z książek to „Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks” autorstwa dziennikarki Rebeki Skloot, która przez 10 lat zbierała materiały do książki. Kim była Henrietta Lacks? Zwykłą Murzynką z Baltimore, która zachorowała na raka szyjki macicy i od której bez jej zgody pobrano komórki zdrowe i nowotworowe, a nastepnie wyhodowano w laboratorium. Były to pierwsze nieśmiertelne komórki ludzkie, jakie kiedykolwiek wyhodowano w laboratorium.

Komórki HeLa wykorzystano w badaniach nad genami powodującymi raka i nad tymi, które hamują jego rozwój; za ich pomocą opracowano leki na opryszczkę, białaczkę, grypę, hemofilię i chorobę Parkinsona; używano ich w badaniach nad wchłanianiem laktozy, chorobami przenoszonymi drogą płciową oraz zapaleniem wyrostka robaczkowego. Komórki HeLa bardzo szybko się mnożyły i przyczyniły się do ogromnego rozwoju medycyny. Hodowane są do dziś w wielu laboratoriach na świecie.

Henrietta Lacks zmarła młodo, w wieku 31 lat. Nie miała pojęcia, że jej komórki zostały pobrane. Przez lata rodzina Henrietty również była izolowana od tej wiedzy, a przez to nieufna, nie otrzymała też żadnego zadośćuczynienia. Dzięki komórkom tej zwyczajnej kobiety, medycyna się rozwinęła, a miliony ludzi na świecie zostało wyleczonych lub uchronionych przed chorobami. Ale… czy było to etyczne? Kto dorobił się fortuny na ciele Lacks? Jest tu tak wiele pytań o granice poszanowania prywatności i ludzkiego ciała, etyki, „grzebaniu” w DNA…

Zachęcam Was do przeczytania historii o tych dwóch zwykłych kobietach. Mam nadzieję, że przez pryzmat swoich doświadczeń pozwolą Wam nieco inaczej spojrzeć na kobiecość w ogóle.

*          *          *

KLAUDIA2

Fot. Klaudia Nadolna
Fot. Klaudia Nadolna

Być kobietą, być kobietą – oszukiwać, dręczyć, zdradzać…” jak to śpiewała Alicja Majewska. Jednak czy kobiety naprawdę są takie złe? Nie wydaje mi się. Są skomplikowane, złożone i niezdecydowane, ale również kochliwe, życzliwe i dbające. Jednak od każdej reguły są wyjątki 🙂

Książka o kobietach? Polecam „Uległa czy niepokornaUte Ehrhardt. Czy chcemy być „posłuszne od kołyski do grobowej deski”? Myślę, że tę pozycję powinna poznać każda kobieta, aby w przyszłości wiedzieć, kiedy należy być uległą, a kiedy tupnąć nogą i postawić na swoim. Autorka w treści stawia takie pytania jak:

– Czy kobieta wie, czego chce?

– Czy władza czyni samotnym?

– Czy każda kobieta musi być matką?

I wiele, wiele innych. Jak czytamy na okładce, Ute „stara się zachęcić do zdrowego buntu wobec fałszywych schematów kobiecości. Pozwala zrozumieć, że kobiety same zastawiają na siebie sidła i świadomie w nie wpadają”.

Książka dla kobiet? „Awaria małżeńskaNataszy Sochy i Magdaleny Witkiewicz. Zabawna, choć momentami stereotypowa, to jednak umilająca chwilę. Autorki w sposób satyryczny wykreowały obraz małżeństwa, gdzie mężczyźni nieporadnie próbują poradzić sobie z wychowaniem dzieci i opieką nad domem, podczas gdy ich kobiety relaksują się (a często wyrywają włosy ze strachu o pociechy) w szpitalu.

Korzystając z okazji, chciałabym życzyć Ci Kasiu wszystkiego dobrego. Dużo zdrówka, to naturalne. Szczęścia i radości, z życia samej przyjemności. Abyś była wesoła i uśmiechnięta, pełna życia i zawsze pełna sił. Aby każdy dzień był dla Ciebie i Twojej rodziny niezapomnianą przygodą. Miłości, przyjaźni i słońca w każdy, nawet najbardziej ponury dzień. Żyj nam sto lat! 🙂

Klaudia! Serdecznie dziękuję za piękne życzenia… 

Dzisiejszy dzień jest dla mnie bardzo ważny. 40 lat temu pojawiłam się na świecie, jako mała dziewczynka o wielkich oczach i czarnej czuprynie. Przez te wszystkie lata doświadczyłam tak wielu trudnych i tak wielu wspaniałych momentów, że dziś mogę z pełną świadomością napisać, że jestem wrażliwą i silną Kobietą.

Dziewczyny! Pasjonatki! Bardzo dziękuję za przyjęcie mojego zaproszenia. Wasze teksty są doskonałym prezentem nie tylko dla mnie, ale również dla wszystkich tych, którzy poszukują interesujących pozycji książkowych…

Myślę, że również Ty mój Czytelniku znajdziesz wśród zaproponowanych lektur coś dla siebie. Wielu inspiracji, realizacji pasji, a przede wszystkim dobrych ludzi wokół, życzę Ci dziś z całego serca. Dziś i nie tylko dziś…

podpis

Katarzyna Berska

  • Kasiu, to czysta przyjemność gościć na łamach Twojego pięknego bloga. Wpis jest interesujący, bo tak różne książki pokazałyśmy! Wszystkiego najlepszego!

    • Dziękuję serdecznie 🙂 Zainspirowałyście siebie, mnie i innych do sięgnięcia po tak różne lektury, a to przecież najważniejsze 🙂 Dodatkowo stworzyłyście świetny, rzeczowy wpis, który oprócz tego, że jest interesujący, wiele mówi o Was jako czytelniczkach 🙂

  • Zawsze zadziwia mnie to, jak różnie można zinterpretować jeden temat 🙂 Czytałam „Małe kobietki” i „Awarię małżeńską”, a po pozostałe książki mam ogromną ochotę sięgnąć – dziewczyny bardzo skutecznie zachęcają. Powstał naprawdę wyjątkowy wpis! Dziękuję za zaproszenie 🙂
    Tobie Kasiu życzę przede wszystkim radości, miłości i wytrwałości w realizacji marzeń. A Ty już sama wiesz, co Ci się najbardziej marzy… 😉 Uściski!

    • Ania! Dziękuję, niech spełniają się marzenia. Nam Wszystkim 🙂
      Ja również czytałam tylko „Małe Kobietki” i „Awarię…”, ale mam ochotę sięgnąć po wszystkie pozostałe, bo każda z nich mnie zainteresowała 🙂

  • Kasiu, na początku składam życzenia, a życzę Ci spełnienia marzeń – tych najważniejszych! Wszystkiego dobrego <3

    Przepięknie dziękuję za zaproszenie do tego wpisu – wyszedł cudownie! Propozycje są tak różne, że na pewno każda kobieta znajdzie tu coś dla siebie. Widać, jak bardzo się różnimy, a jednak coś nas łączy i to jest piękne 🙂

    • Dziękuję serdecznie 😀
      Dokładnie to samo pomyślałam w momencie, kiedy otrzymywałam Wasze teksty – jesteśmy jak przesuwane w kalejdoskopie szkiełka. Każde jest inne, różnej barwy, a jednak razem tworzą niesamowite obrazy 🙂

  • Gosia Szczep

    Jeszcze raz wszystkiego najlepszego!;)

  • Piękny post i same fajne blogerki;) Muszę koniecznie przeczytać „ginekologów”.:)

    • Mnie też temat skusił:-)

    • Dziękuję 🙂 Za życzenia i w imieniu fajnych blogerek 😀
      Mnie również zainteresowała pozycja polecana przez Marzenę 🙂 Wydaje się być nietypowa, a przez to interesująca.

  • Ach, czytałam z zaparty tchem! Niesamowite historie i tak fantastycznie opisane! Jestem zachwycona, że mogłam znaleźć się wśród dziewczyn i w ten niewielki sposób sprawić Ci, Kasiu przyjemność. 🙂
    Kasieńko, życzę Ci słońca i głowy pełnej marzeń. Abyś zawsze widziała różowy kolor na tęczowej palecie, bo on tam jest! Naprawdę, tylko trzeba patrzeć z radością i miłością w sercu, a tego z pewności Ci nie brakuje. 🙂 :*

    • Oleńka! Bardzo serdecznie dziękuję za takie ciepłe życzenia 🙂 Masz rację – ten róż czasami blednie, ale cały czas jest, więc miłości i radości z serducha wyrzucać nie wolno! Swoimi tekstami zrobiłyście mi niesamowity prezent 🙂 Wszystkie recenzje inspirują i sprawiają, że chce się czytać, czytać i czytać 🙂

  • Paulina Kaleta

    Och, Kasiu <3 post wyszedł fenomenalny, ciepły i pokrzepiający, aż mi się łezka w oku zakręciła :*
    A ja jestem zachwycona, że znalazłam się wśród tak zacnego grona 🙂 dziewczyny uwielbiam Was :* a Tobie Kasiu jeszcze raz składam najserdeczniejsze życzenia 😉 bądź dalej dla mnie światełkiem :*

    • Kochana 🙂 Dziękuję Ci serdecznie 🙂 Wszystkie dałyście czadu!
      To niesamowite, ale Ty jesteś ze mną od początku mojego blogowania, więc światełko jest po obu stronach tunelu 😀

  • Też zaintrygowali mnie Ginekolodzy 😉 Postaram się sięgnąć po tę pozycję w wolnej chwili

    • Madzia! Koniecznie daj znać, jak już przeczytasz. Ja właśnie złożyłam zamówienie i książka już do mnie „leci” 🙂

  • Bardzo ciekawy post, tak mnie wciągnął, że przeczytałam go dosłownie na jednym wdechu! Sama z okazji Dnia kobiet starałam się stworzyć 10 różnorodnych propozycji o kobietach dla kobiet, a powtarza się tylko jedna pozycja! Tymczasem wszystkie w tym wpisie brzmią świetnie, te które czytałam bez wątpienia są świetne i doskonale wpasowują się w temat. Niespodzianką byli „Ginekolodzy”, bo to tak zaskakujące, ale tak trafne spojrzenie na sprawę, że.. Nie do uwierzenia! 🙂
    I wszystkiego najlepszego! 🙂

    • Dziękuję bardzo 🙂 Lubię pozycje o kobietach, więc chętnie zajrzę na Twojego bloga. Zgadzam się – „Ginekolodzy” zaskoczyli. Myślę, że wielu czytelników sięgnie po tę książkę 🙂

  • Pingback: CO NA BLOGACH? #8 - Anna Tabak blog()

  • Mea Culpa/ Z książką do łóżka

    Kasieńko, dziękuję Ci za zaproszenie! To był zaszczyt występować na jednym z moich ulubionych blogów, a w dodatku jak teraz widzę w jak cudownym gronie, to aż mi cieplej na sercu! 🙂

    • Klaudia! A ja Ci bardzo dziękuję za Twoją obecność 🙂 I za miłe słowa, od których i mnie się robi cieplej w serduchu 😀

  • Kasiu, czterdziestka, to taki piękny wiek:). Przez te wszystkie lata zbiera się doświadczenia, te dobre i te złe. To one ukształtowały nas i dzięki nim jesteśmy takie jakie jesteśmy:). Co do zaprezentowanych książek, to najbardziej zaintrygowała mnie pierwsza. Zdaje się, że jej treści są bardzo uniwersalne.

    • Ania! Piękny, piękny… Tyle lat 😉 Kiepskich i dobrych momentów 🙂 I doświadczeń, o których piszesz 🙂 Muszę Ci powiedzieć, że i wartości, którymi człowiek kieruje się w życiu, niby stałe, a jednak bardziej się konkretyzują, stają się dojrzalsze…

      Myślę podobnie – „Gołębiarki” polecane przez Anię, wydają się być dobrą książką dla każdego. Niosącą ze sobą ważne przesłanie. Zdecydowanie chce się sięgnąć po tę lekturę.

  • Kasiu, świetny pomysł na wpis:) mnóstwo inspiracji w jednym miejscu:) chyba się skuszę na przeczytanie „Ginekologów”, zapowiadają się przerażająco;)

    • Dziękuję 😀 Po „Ginekologów” chyba sięgnie większość czytających post 😉 Ciekawe, jakie będą nasze wrażenia 🙂

  • Muszę przeczytać wszystkie …. ojjj czasie wydłuż się dla mnie bo aż mnie skręca 😀 tyle ciekawych książek a tak mało czasu !

    • Dołączam się do prośby skierowanej do czasu 😀 Być może wiele by to ułatwiło wszystkim czytającym. Z drugiej strony jednak wcale nie jestem tego tak bardzo pewna. Za chwilę znowu byłoby: za mało czasu, za dużo książek itd, itd…

Poznajmy się bliżej

Przede wszystkim Mama.

Z wykształcenia filolog polonista, literaturoznawca i językoznawca, grafik DTP.

Z zamiłowania choreograf tańca ludowego, fotograf.

Współpraca

FitSpirit.pl
Inspiracje Dla Szkoły
SP KAŁUSZYN
Drzewo Pokoleń

Pozostańmy w kontakcie

Współpraca

FitSpirit.pl
Inspiracje Dla Szkoły
SP KAŁUSZYN
Drzewo Pokoleń